Papierowe sny.
Leżąc na łóżku, przykryta kołdrą niemal po uszy, dziewczyna powoli otworzyła oczy. Znowu ten sam sen – albo raczej jego wspomnienie. Nie pamiętała już, kiedy się zaczęło - teraz było to tak naturalne, że nie wyobrażała sobie, by mogła budzić się bez tych odczuć. Po przebudzeniu towarzyszyła jej błogość, śladowa pozostałość po tym, gdzie jeszcze niedawno błądził jej umysł. Zawsze była tam też tęsknota - za tym czymś tak nieznanym, a jednocześnie tak upragnionym.
Gdy wstawała, jej długie, brązowe włosy majestatycznie opadły wzdłuż opalonych ramion. Ktokolwiek by ją wtedy zobaczył, nie mógłby powiedzieć, że była niewinną, słabą kobietą. W spojrzeniu, którym omiotła pokój w poszukiwaniu czegoś do narzucenia na siebie, wprawny obserwator mógłby dojrzeć determinację i nostalgię, które towarzyszyły jej przez większą część życia.
Szybko naciągając na siebie podniszczone, robocze spodnie, usłyszała cichy głos dochodzący zza ściany. Zaciekawiona podeszła do niej i zaczęła nasłuchiwać.
Od tego dnia wyglądał na bestię szaloną
I, gdy szedł, nic nie widząc, polem czy ulicą,
Nie widząc, czy na ziemi dzień czy gwiazdy świecą
Niby zużyty przedmiot — brudny i bezdarny —
Był pośmiewiskiem dziatwy — wesołej i gwarnej."
Siostra znowu czytała ojcu wiersze – ta głupia dziewucha cały czas wierzyła, że pewnego dnia on się obudzi, a wtedy wszystko będzie jak dawniej. Myliła się. To nigdy nie wróci – nic nie zmieni tego, co już się stało, nikt nie zwróci im straconych dni. Dziewczyna bezsilnie usiadła na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Zawsze w takich chwilach chciała wszystko jej wygarnąć, pozbawić wszelkich złudzeń i sprowadzić do brutalnej rzeczywistości, jednak nie potrafiła tego zrobić. Była starsza i czuła się odpowiedzialna za tę nieszczęsną, żyjącą nadzieją jedenastolatkę. Mogło być w tym jednak odrobinę więcej. Podświadomie ona sama potrzebowała nadziei, która cały czas pozwalała jej iść przed siebie - pomimo wszystkich przeszkód, które życie stawiało jej na drodze.
Siedząc na podłodze, pogrążona w myślach nawet nie zauważyła, że w pokoju obok zapadła cisza. Jej uwagę zwróciło dopiero ciche pukanie, po którym do pokoju weszła mała dziewczynka.
- Ana, przygotowałam ci śniadanie – powiedziała cicho, patrząc na siedzącą siostrę. Chociaż nigdy o tym nie mówiły, wiedziała, co ta sądziła o jej codziennym czytaniu dla ojca.
- Dzięki, Tar. Za chwilę przyjdę, muszę jeszcze tylko... - zamilkła, rozglądając się po pokoju, jakby z nadzieją szukając czegoś, co pozwoli jej dokończyć zdanie, jednak młodsza siostra najwyraźniej ją rozumiała, dlatego też wyszła bez słowa, zamykając za sobą drzwi.
Ana przetarła ręką lekko załzawione oczy. Zaczekała jeszcze chwilę, po czym podniosła się z ociąganiem i ruszyła w kierunku wyjścia z pokoju. Gdy tylko znalazła się na korytarzu, do jej nozdrzy dotarł zapach jedzenia, a zaraz potem jak na komendę zaburczało jej w brzuchu. Jeśli chodziło o gotowanie, to od urodzenia miała do tego dwie lewe ręce. Potrafiła zrobić coś, co dało się zjeść przy odrobinie samozaparcia, jednak nigdy nie nazwałaby tego smacznym. Z tego powodu nie mogła się nadziwić małej Tar, która już teraz potrafiła przyrządzić posiłek, którego nawet sam aromat powodował, że ślina napływała do ust. Wiedziona zapachem dotarła do kuchni, gdzie, jak co dzień, siostra czekała na nią z obfitym śniadaniem. Patrząc, co przyrządziła tym razem, nie mogła się nie uśmiechnąć. Ana nazywała to darem – nie miały zbyt dużo pieniędzy, więc nie mogły sobie pozwolić na wiele, jednak to, co pojawiało się na stole przyrządzone z najprostszych składników zawsze wprawiało ją w podziw.
Mała Tar czekała, aż jej siostra zacznie jeść – dopiero wtedy usiadła obok, nałożyła sobie na talerz skromną porcję i również przystąpiła do jedzenia, co chwila zerkając Anę. Wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, jednak najwyraźniej nie wiedziała, czy może się teraz odezwać. Odkąd trzy lata temu ich ojciec uległ wypadkowi, prawie ze sobą nie rozmawiały. Dziewczynka tęskniła za tamtymi luźnymi pogawędkami, jednak zdawała sobie sprawę z tego, jak ciężko jej siostra pracuje, by ich utrzymać, więc robiła co mogła, by nie być dla niej ciężarem.
- Co tam ci chodzi po głowie? - zapytała Ana pomiędzy kolejnymi kęsami jedzenia, najwyraźniej dostrzegając, że małej coś nie daje spokoju.
- Słyszałam, że mają zwiększyć obszar miasta – zaczęła nieśmiało, patrząc się w talerz – a koło naszego domu ma biec asfaltowa droga.
- Kto tak mówił? - W głosie starszej siostry dało się słyszeć szczere zdziwienie. Codziennie pracowała w mieście, jednak do tej pory nie słyszała o podobnych planach. Taka budowa w okolicy zrujnowałaby cały spokój tego miejsca, a przecież wciąż tu mieszkały właśnie ze względu na to. - Kiedy się o tym dowiedziałaś?
- Wczoraj, na targu – odparła nieco wystraszona Tar. Najwyraźniej ostatnie pytanie było rzucone odrobinę zbyt agresywnie, za co Ana niemal natychmiast sklęła się w myślach. - Kupowałam warzywa i przypadkiem usłyszałam, jak rozmawiało dwóch panów. No i ja... - dziewczynka zarumieniła się – poszłam kawałek za nimi, jak usłyszałam, że mówią o naszej okolicy. Zawróciłam dopiero, jak weszli do ratusza.
Starsza z sióstr nerwowo zagryzła wargę. Nie wiedziała, co powinna o tym wszystkim myśleć, ale jeśli to byli ludzie z rady, coś musiało być na rzeczy, i wcale jej się ta perspektywa nie podobała. Kończąc śniadanie spojrzała na solidny, wiszący na ścianie zegar. Jeśli będzie dalej zwlekać, nie zdąży na paromobil do miasta i spóźni się do pracy. Wstała z krzesła, pocałowała Tar w głowę rzucając jednocześnie krótkie "Było pyszne, jak zawsze", po czym wybiegła z domu i skierowała swe kroki na najbliższy przystanek.
***
Droga do miasta minęła Anie na rozmyślaniach. Niepokoiło ją to, czego dowiedziała się przy śniadaniu. Dom był drogi w utrzymaniu, jednak ona uparcie pracowała za dwóch, ponieważ lekarze powiedzieli, że panują tam warunki dobre dla zdrowia ojca. Choć nigdy nie chciała tego przed sobą przyznać, w głębi duszy żywiła nadzieję, że on wróci do zdrowia, a ich życie do normy. Do tej pory nie było żadnej poprawy, jednak siostry nie zamierzały słuchać ludzi, którzy im radzili pożegnać się z ojcem i oddać go do zakładu. Było ciężko, jednak coś takiego zaprzepaściłoby te trzy lata wytrwałej walki wbrew wszelkim przeciwnościom. Ana bała się tego, co może przynieść budowa drogi – bała się, że ich świat ponownie zostanie wywrócony do góry nogami.
***
Dzień w pracy minął spokojnie, prawie bez sensacji. Jedyne zainteresowanie wzbudził nowy model golema, który trafił do nich z kompletnie zniszczonym silnikiem. Jakiś niedoświadczony pilot przecenił swoje umiejętności i możliwości maszyny, co zaowocowało dość spektakularną eksplozją. Uszkodzenia okazały się na tyle poważne, że naprawa będzie trwała przynajmniej tydzień – a i to tylko w sytuacji, gdyby cała ekipa skupiła się wyłącznie na nim. Cały dzień Ana próbowała zorientować się, czy ktokolwiek wiedział coś o planach budowy nowych dróg, jednak wyglądało na to, że nikt o tym nie słyszał.
Pod wieczór, zmęczona, lecz jednocześnie odrobinę spokojniejsza, dziewczyna ruszyła w drogę powrotną do domu. Po niemal godzinnej podróży paromobilem wysiadła na swoim przystanku, zadowolona, że może w końcu rozprostować kości. Nabrała w płuca rześkiego, wieczornego powietrza, które tutaj smakowało o niebo lepiej niż w mieście. Pełna nowych sił, wolnym krokiem zaczęła iść w stronę domu, gdzie zapewne jak co dzień Tar czekała na nią z kolacją. Prawie zapomniała o porannym niepokoju, jednak im dłużej szła, tym bardziej coś się wydawało być nie tak, jak powinno. Dopiero po dłuższej chwili dostrzegła, co było powodem jej niepokoju. Kilkanaście metrów od niej, w równych odstępach wbite były w ziemię drewniane słupki, mające znaczyć trasę dla nowej drogi. Nagle wszystko wydało się cięższe – nadzieja, ta mała, cicha myśl, zaczęła gdzieś niknąć, natomiast w jej miejsce pojawiła się rezygnacja. Przez resztę drogi w głowie kołatało jej się tylko jedno pytanie – czy to wszystko było na darmo?
Ciężkim krokiem, w milczeniu, weszła do domu. Spróbowała się uśmiechnąć do czekającej na nią siostry, jednak jedynym, co udało jej się osiągnąć był grymas, który nijak nie potrafił ukryć zmartwienia. Kolację zjadły w milczeniu i w takich też nastrojach udały się do swoich pokoi. Ana nie zapalała lampy, jedynie podeszła do otwartego okna, oparła się rękami o jego framugę i w milczeniu płakała. Noc zapowiadała się spokojnie, pomimo chmur zasnuwających całe niebo. Jedyne światło w okolicy pochodziło z pokoju ojca – najwyraźniej Tar postanowiła poczytać mu przed snem. W chwilach takich jak ta, Ana naprawdę ją podziwiała – za determinację, za upór z jakim trwała w swoich postanowieniach. Pomimo swoich ledwie jedenastu lat była nad wyraz dojrzała i mogłaby stanowić wzór dla wielu dorosłych. Jednak w tym wieku musiało to być jednocześnie przekleństwem.
Starsza z sióstr podeszła do ściany, za którą znajdował się pokój ojca. Starała się nie robić przy tym żadnego hałasu, aby niepotrzebnie nie stresować siedzącej tam dziewczynki. Ta jednakże najwyraźniej skończyła już czytać, gdyż nie dobiegał stamtąd żaden dźwięk. Ana stała tak jeszcze przez chwilę, nasłuchując, czy nic się nie zmieni, lecz w końcu zmęczenie wzięło górę i dziewczyna udała się do łóżka, wcześniej przypominając sobie jeszcze o tym, by wziąć kąpiel po całodniowej robocie.
***
Ta planeta dobiega kresu swej drogi, w głębi serca zdajesz sobie z tego sprawę.
Głos. Znajomy, a jednak dziwnie odległy. Ana otworzyła oczy, choć tak naprawdę wcale ich tutaj nie miała. Wszystko, co widziała, było niesamowicie nierealne, a pomimo to czuła się tam niemal jak w domu. Unosiła się w przestrzeni, gdzieś w dole widziała Tenvę, ich rodzinną planetę – nie mogła tego wiedzieć, a mimo to była pewna, że tak właśnie jest. Dookoła niej, w oddali jaśniały gwiazdy – jedna z nich była tak blisko, że dziewczyna mogła czuć jej ciepło. Im dłużej podziwiała to, co ją otaczało, tym wyraźniejsze było uczucie, że wszystko wokół żyje swoim życiem, a ona mogła je obecnie wyczuć, wpleść się w nie jak w jakimś niesamowitym tańcu emocji. Gdy była bliska zatracenia się w tej rozkoszy, ponownie rozległy się czyjeś słowa.
Spójrz.
Kimkolwiek była ta osoba, miała najwyraźniej kontrolę nad ciałem, w jakim obecnie przebywała Ana, gdyż zaraz po rozbrzmieniu ostatniego słowa została ona przeciągnięta do sąsiedniej planety. W przeciwieństwie do Tenvy, ta była młoda – przepełniało ją życie, emocje, zupełnie, jakby ta planeta kochała, oraz ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał. Dziewczyna w zafascynowaniu wleciała w jej atmosferę, jak dziecko cieszy się nową zabawką, tak ona cieszyła się nieznanym światem. Pływała w oceanach, ścigała się z pędzącymi zwierzętami, latała pośród ptaków. Mogła robić wszystko, czego tylko zapragnęła, jednak ta wolność sprawiała, że Ana powoli zapominała, kim była. Gdy ta cienka granica miała już się zatrzeć, ponownie dał się słyszeć głos.
Musicie iść dalej – podobnie jak ci, którzy byli przed wami, oraz ci, którzy przyjdą po was.
Po tych słowach świat wokoło się rozmył, a po chwili zastąpiła go wizja cudownej cywilizacji. Cały świat był jednym, wielkim miastem, gdzie wszyscy żyli w zgodzie i dobrobycie? Dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy to była przeszłość, czy też może taki los czeka ich potomków – niemal w tym samym momencie, ujrzała mnóstwo statków opuszczających to gigantyczne miasto. Podążyła za nimi, i ujrzała, jak trafiają na Tenvę. Wiele z nich uległo zniszczeniu, wiele istnień zginęło, lecz ci, którzy przeżyli, stali się początkiem świata, który był dla Any domem.
Aldar.
Aldar – powtórzyła w myślach, spoglądając w kierunku tryskającej życiem, młodej planety, która miała stać się kolejnym przystankiem w drodze do... Do czego, właściwie, prowadziła ta droga? Pytanie zawisło bez odpowiedzi, natomiast Ana odniosła wrażenie, że wcale nie po raz pierwszy.
***
Jak co dnia, dziewczyna obudziła się przepełniona uczuciami pozostałymi po śnie, jednak tym razem było w tym coś nowego. Pośród tych wszystkich pozytywnych emocji i tęsknoty za nimi, stale przewijało się jedno słowo – Aldar. Nie przychodziło jej do głowy nic, co mogłoby pomóc jej w odgadnięciu jego znaczenia. Miała już zerwać się z łóżka, gdy przypomniała sobie, że to był jej dzień wolny. Uśmiechnęła się tak, jak nie uśmiechała się nigdy od wypadku ojca. Zupełnie dla niej niezrozumiale, przepełniała ją nowa nadzieja. Nowe siły na dalszą podróż.
Podróż. – Ana przez chwilę zastanawiała się, dlaczego użyła akurat tego słowa, lecz w końcu zrzuciła to na senność i dłużej nie zaprzątała sobie tym głowy. Przeciągnęła się leniwie, z zadowoleniem poprawiając kołdrę i przekręcając się na bok. Jeszcze wczoraj martwiła się tym, co się z nimi stanie, gdy tuż obok ich domu powstanie asfaltowa droga, którą zapewne będzie jeździło mnóstwo paromobili, jednak dziś? Z nieznanego dla siebie powodu przepełniała ją radość. Przyszłość niosła zmiany, i choć ona dostrzegała wyłącznie ich negatywną stronę, cieszyła się, jakby poza nimi zbliżało się coś jeszcze. Coś, czego Ana pragnęła z całego serca. Gdyby nie Tar, która cicho weszła do pokoju i wskoczyła jej do łóżka, spędziłaby pewnie cały dzień leżąc i rozkoszując się tym uczuciem.
- Dobrze spałaś? - zapytała młodszą siostrę, uśmiechając się szczerym, promieniejącym radością uśmiechem. Dziewczynka najwyraźniej nie spodziewała się takiej reakcji, gdyż na początku patrzyła na nią ze zdziwieniem, by dopiero po chwili odwzajemnić uśmiech i wtulić się w Anę.
- Tak! - odparła wyraźnie ucieszona, z całych sił przyciskając się do siostry. Najwyraźniej bardzo tego potrzebowała, gdyż niemal natychmiast zaczęła płakać, jednak nie był to smutny płacz, lecz raczej łzy radości, powodowane jakby nagłym rozładowaniem długo skrywanego napięcia. Starsza z sióstr nie odezwała się słowem, tylko objęła Tar i w takiej pozycji przeleżały kilkanaście minut. Po tym czasie Ana lekko się odsunęła, podniosła na łokciach, spojrzała na siostrę i wciąż się uśmiechając, zapytała:
- Może pomogę ci dzisiaj przy śniadaniu, co ty na to?
- Nie! - Tar zerwała się z łóżka jak oparzona. - Ty jeszcze odpocznij, a ja wszystkim się zajmę – dodała zakłopotana, po czym szybko opuściła pokój starszej siostry.
Jasne, odpocznij sobie – pomyślała Ana, powoli wstając z łóżka. - Przecież nie mogłoby być aż tak źle, prawda?
***
Już podczas śniadania Ana miała dziwne uczucie, że zapomniała o czymś ważnym. O czymś, co powinna była zrobić. Na samym początku zastanawiała się, czy aby nie pomyliły jej się dni i nie powinna iść do pracy, jednak szybko odrzuciła tę teorię. Chciała w końcu uznać, że to nie mogło być nic ważnego, jednak uporczywa myśl wciąż dawała o sobie znać, niezależnie od tego, co dziewczyna w danej chwili robiła.
Koło południa siostry wspólnie ruszyły na targ. Dotarcie na miejsce zajęło im prawie dwie godziny, z tego też względu jeszcze przed wyjściem z domu ustaliły, że obiad zjedzą w jakiejś karczmie. Wędrując pomiędzy stoiskami rozmawiały ze sobą o przeróżnych błahostkach, na chwilę zapominając o problemach, z jakimi zmagały się od trzech lat, oraz o kolejnych zmartwieniach, które pojawią się wraz z budową drogi. Cieszyły się swoim towarzystwem, starając się jak najlepiej wykorzystać wspólnie spędzany czas, jakby to były tylko jednodniowe wakacje od przygnębiającej codzienności. Zgodnie z planem, gdy tylko kupiły wszystko, co było im potrzebne, udały się do pobliskiej knajpy na obiad. Na początku, gdy zaczęły jeść, Ana milczała, jakby się nad czymś zastanawiając i delektując jedzeniem.
- Wiesz – odezwała się w końcu. - Oni tutaj nie potrafią gotować tak dobrze, jak ty. Zastanawiam się w ogóle, czy ktokolwiek potrafi.
- Dziękuję! - odparła młodsza z sióstr, ucieszona z niespodziewanego komplementu. - Ale przecież to jedzenie nie jest złe – dodała, lekko się rumieniąc.
- Nie dorasta mojemu do pięt, to fakt – Ana rzuciła z przekąsem, uśmiechając się zadziornie. - A jeśli porównać je do twojego, to... Po prostu brak porównania! Zresztą, sama to jesz, więc musisz czuć różnicę. - Widząc, jak Tar jeszcze bardziej się rumieni, nie wiedząc, co ma odpowiedzieć, potarmosiła ją po głowie i zaśmiała się. - Pośpieszmy się, to zdążymy jeszcze na najbliższy kurs do domu – dodała, spoglądając na wielki zegar z kukułką wiszący tuż nad ladą, po czym sama zaczęła jeść szybciej, starając się dać dobry przykład.
Po skończonym posiłku, gdy siostry szły na przystanek paromobili, w głowie Any niczym wspomnienie pojawiło się słowo Aldar". Chwilę zajęło jej skojarzenie skąd zna to słowo, a wraz ze wspomnieniem snu nasiliło się uczucie, że zapomniała zrobić coś ważnego. Nie chcąc jednak psuć tak dobrego dnia, nie dała po sobie poznać, że coś ją niepokoi. Gdy znalazły się już w domu, wspólnie udały się do pokoju ojca, aby trochę z nim posiedzieć. Minęły już dwa lata, odkąd ostatni raz obie jednocześnie przebywały w jego pokoju. Ana tłumaczyła to nadmiarem obowiązków, jaki na siebie wzięła, jednak prawda była taka, że nie chciała, aby mała Tar ją wtedy oglądała. Osoba, która leżała na łóżku, była ledwie cieniem ich ojca. Ten mężczyzna był niesamowicie chudy, w wielu miejscach pod jego poznaczoną zmarszczkami skórą wyraźnie dało się zobaczyć kości. Wydawał się taki delikatny, zupełnie jak małe dziecko. Był przeciwieństwem człowieka, jakim był ich ojciec. Starsza z sióstr, patrząc na niego, nie potrafiła powstrzymać napływających do oczu łez. Żal jej było ich ojca, ale bardziej może nawet ich samych, i dzieciństwa, które zostało im nagle odebrane.
- Jak z nim? - Ana wiedziała, że to pytanie było głupie, ale chciała w jakiś sposób przerwać niezręczną ciszę, jaka wtedy zapadła.
- Żadnych zmian. Lekarze mówią, że on się nigdy nie obudzi i... Mówią też, że przez nas on tylko bardziej cierpi, że powinnyśmy pozwolić mu odejść... - Tar mówiła cicho, z trudem powstrzymując się od wybuchnięcia płaczem.
- Nie damy mu umrzeć. Jestem pewna, że on chce żyć i gdyby tylko mógł, podziękowałby nam za to, co dla niego robimy, rozumiesz? - W jej głosie dało się wyczuć zmianę. Była pewna tego, co mówi, zdeterminowana do osiągnięcia jakiegoś sobie tylko znanego celu. Młodsza siostra przez chwilę na nią patrzyła, po czym zdecydowanym ruchem otarła łzy i z powagą pokiwała głową.
- Nie będziesz miała nic przeciwko, jeśli trochę poczytam? - zapytała, po czym nie czekając na odpowiedź, ściągnęła z półki książkę, otworzyła w miejscu, gdzie była zakładka, i zaczęła czytać.
Ana lubiła słuchać głosu swojej młodszej siostry. Czasem, gdy ta czytała ojcu, przysiadała pod ścianą, nasłuchując. Teraz również nawet przez myśl jej nie przeszło, by odbierać im obu tę małą przyjemność. Grzecznie usiadła w fotelu i zaczęła słuchać. Nawet się nie spostrzegła, jak jej powieki zrobiły się ciężkie, a ona sama zapadła w sen. Widząc to, Tar cichutko odłożyła książkę, znalazła koc, którym następnie przykryła siostrę, i opuściła pokój.
***
Wszechogarniające emocje, które nagle oplotły Anę, sprawiły, że, jeszcze zanim otworzyła oczy, wiedziała, gdzie się znajdywała.
Aldar.
Znów ten głos. Było w nim coś kojącego, a jednocześnie przepełniała go moc. Nie było możliwości, aby go nie słuchać – gdy rozbrzmiewał, sprawiał, że słysząca go osoba pragnęła chłonąć każde słowo, które zostało przezeń wypowiedziane. Grał na pradawnych strunach duszy, dawno zapomnianych przez wszystkich żyjących, sprawiając przy tym wrażenie nauczyciela, który każdemu uczniowi poświęca pełną uwagę i serce. Dziewczyna myślała o bogu. Zastanawiała się, czy to właśnie on jest właścicielem głosu, jednak w głębi serca wiedziała, że to wcale nie jest tak. Rozwiązanie miała gdzieś bliżej, jednak wciąż nie mogła go dostrzec.
Tenva umiera. Przyszedł czas dalszej wędrówki.
Tym razem, będąc zawieszona w tej dziwnej przestrzeni, pamiętała poprzedni sen – jeśli naprawdę nie był on niczym więcej – a także wizję wspaniałej cywilizacji, która sprowadziła ludzkość na jej rodzinną planetę. Teraz przyszła ich kolej, to oni powinni zaludnić Aldar, jednak jak mieli to zrobić? Nie byli tak rozwinięci, jak ich przodkowie. Nie potrafili budować statków, które mogłyby ich zabrać z Tenvy. Byli skazani na porażkę.
Każdy czas ma swoje własne metody.
Wraz z głosem dotarły do niej emocje płynące od Aldar. Zwątpienie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło, a w jego miejscu na nowo zakiełkowała nadzieja, razem z którą zjawiła się wizja. Tenva i Aldar zbliżały się do siebie. Niedługo miały znaleźć się niezwykle blisko – wtedy nie będą potrzebne cudowne pojazdy, a oni będą mogli kontynuować drogę, jaka jest im pisana. Lecz wciąż, nawet tak blisko dla planet, dla ludzi była to ogromna odległość. Ich statki powietrzne nie potrafiły jej przebyć, nie zostały do tego stworzone.
Musicie uwierzyć.
Dziewczyna zaczęła dostrzegać więcej. Szczegóły, o których istnieniu nie miała pojęcia. Zbliżając się do Tenvy, Aldar niemal ją pożre – wchłonie całą jej atmosferę, wyniszczy powierzchnię potężnymi wstrząsami, a na koniec zepchnie w kierunku Torill, gwiazdy, która zapewniała im życiodajne ciepło. To, co będzie śmiercią dla ich planety, stanie się ich przepustką do dalszego życia – pozwoli im osiągnąć nieosiągalne. Ana ujrzała, jak statki powietrzne wznosiły się coraz wyżej i wyżej, by w końcu dać się porwać potężnym prądom powietrza, które niczym na skrzydłach zaniosły je do nowej planety. Podobnie jak poprzednio – dziewczyna myślała już w skali świata, zapominając, że sama jest tylko człowiekiem – i tym razem wielu straciło życie, jednak nikt nie został pominięty. Aldar przyjął ich do swego serca, by mogli istnieć z nim na wieki.
Idź. Musisz ich przygotować.
***
Gdy Ana się obudziła, była już noc. Jak przez mgłę pamiętała, że przyszła do pokoju ojca wraz z siostrą i usiadła na fotelu, gdy ta zaczęła czytać książkę. Dziewczyna uśmiechnęła się, widząc koc, którym była przykryta. Gdyby nie Tar, pewnie już dawno by się poddała, jednak ta jedenastolatka dodawała jej sił, a jednocześnie była dla niej podporą, na którą zawsze mogła liczyć. Mając ledwie szesnaście lat, starsza z sióstr przyjęła na siebie ogromny ciężar, jednak niosła go z powagą i dumą, której mogłoby pozazdrościć jej wielu dorosłych. Wstając z fotela, dziewczyna wiedziała, o czym wcześniej zapomniała. Ich planeta miała wkrótce umrzeć, a jej została powierzona misja największej wagi – miała przekazać dalej tę wiedzę i zadbać, aby ludzie przenieśli się na Aldar, gdy przyjdzie na to pora. Ana nie wiedziała, ile mają czasu, była jednak przekonana, że w odpowiedniej chwili ta informacja zostanie jej powierzona. Z jakiegoś powodu w jej sercu nie było miejsca na zwątpienie. Nie myślała o tym, że jej sen mógł być zwykłą fantazją – wytworem zmęczonego umysłu. Była pewna, że znaczył o wiele więcej, był prawdziwy. Kimkolwiek był właściciel głosu, który słyszała w swych snach, łagodnie wprowadzał ją na nową drogę, stopniowo przekazując wiedzę, której mogła wkrótce potrzebować.
Stąpając na palcach, dziewczyna udała się do pokoju młodszej siostry. Przez okno wpadało do środka trochę księżycowego światła, które delikatnie rozwiewało ciemność nocy. Starając się zachowywać jak najciszej, kucnęła przy łóżku Tar i zaczęła ją delikatnie gładzić po włosach.
- Już niedługo – wyszeptała uśmiechając się. - Mamy przed sobą jeszcze długą drogę, jednak jestem pewna, że wszystko będzie dobrze. Teraz już będzie dobrze. - Ana pocałowała śpiącą dziewczynkę w czoło, w myślach życząc jej wesołych snów. Gdy opuszczała pokój, młodsza siostra poruszyła się tak, że na jej twarz padł promień światła. Jej twarz rozpromieniona była pogodnym uśmiechem.
Z pokoju śpiącej dziewczynki udała się do kuchni, chcąc się napić odrobiny wody przed snem. Myślała o tym, co teraz powinna zrobić, od czego zacząć. Nalała wody do porcelanowego kubka i usiadła na stołku, patrząc w okno. Wokół niej panowała delikatnie rozproszona ciemność, jednak ona nie zaprzątała sobie tym głowy – jej oczy zdążyły się przyzwyczaić, dzięki czemu widziała kontury otaczających ją przedmiotów. Nie potrzebowała więcej – w ten sposób nic nie odciągało jej uwagi od przemysleń. Nocną ciszę zakłócał jedynie jej delikatny oddech oraz tykanie wiszącego w kuchni zegara. Miarowe uderzenia hipnotyzowały, prowadziły jej myśli jakby wyznaczonym torem. Musiała zacząć działać – w innym wypadku wszyscy zginą, i będzie to wyłącznie jej wina. Postawione przed nią zadanie wydawało się niemożliwe, jednak ona była przyzwyczajona do walki ze światem. Wcześniej walczyła dla swojej rodziny – małej Tar, która miała teraz tylko ją, i chorego ojca, który mógł się już nigdy nie obudzić. Teraz zmieniła się skala walki – pod jej opiekę trafiła cała ludzkość, a ona miała za zadanie bezpiecznie poprowadzić ją do ich nowego domu. Podnosząc się ze stołka i ruszając do swojego pokoju, Ana była zdeterminowana do dalszej walki. Nie wiedziała jeszcze, jak ludzie zareagują na to, co ma im do powiedzenia, choć zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie łatwo. Pogrążona w myślach o czekającej ją przyszłości, dziewczyna ułożyła się na łóżku i niemal natychmiast zasnęła. Jak co noc śniła o cudownej harmonii świata, jednak teraz, po raz pierwszy w życiu, zaczynała ją rozumieć.
***
Jak przez mgłę do uszu zaspanej dziewczyny docierał jakiś irytujący dźwięk. Chcąc się go pozbyć, przekręciła się na drugi bok i naciągnęła kołdrę na głowę.
- Ana, musisz już wstawać! - Tar uparcie potrząsała siostrę za ramię. - Spóźnisz się do pracy, jeśli zaraz nie wstaniesz!
- Jeszcze tylko chwileczkę – odparły usta zaspanej dziewczyny, nie czekając, aż mózg zdąży je powstrzymać. Upór jedenastolatki powoli przebijał się przez barierę snu, docierając do świadomości Any. - Która godzina? - zapytała, ściągając z twarzy kołdrę i patrząc na usiłującą ją obudzić dziewczynkę.
- Jest już prawie dziewiąta, za dwanaście minut ucieknie ci paromobil!
- O cholera... - wyrwało się starszej z sióstr. Błyskawicznie zerwała się z łóżka, niedbale zrzucając z siebie Tar, która wylądowała na podłodze całkowicie nakryta kołdrą. Z głośnym sapnięciem, młodsza z sióstr odrzuciła ją na bok, popatrzyła na miotającą się po pokoju dziewczynę, po czym się odezwała.
- A dziękuję" to niby gdzie? - zapytała, udając naburmuszenie. - Ubrania były na łóżku, mogłaś zapytać. Na stole w kuchni zapakowałam ci kilka kanapek, żebyś nie była głodna. - Uśmiechnęła się, gdy Ana szybko się ubrała, pocałowała ją w czoło i pobiegła do pracy. Wciąż się uśmiechając, wstała i, lekko kręcąc głową, zabrała się za sprzątanie pokoju siostry.
Tar była do tego przyzwyczajona – w końcu powtarzało się to co tydzień, już od kilku lat. Z czasem nauczyła się, że budząc siostrę w poniedziałek rano, nie mogła jej mówić prawdziwej godziny, ponieważ wtedy całe jej staranie szło na marne. Pozwalała jej spać, a gdy zbliżał się czas, który zgodnie z jej wyliczeniami i obserwacją był potrzebny siostrze na dotarcie do paromobilu, budziła ją mówiąc, że jest już znacznie później. Ana była wtedy tak zaaferowana, że spojrzenie na zegar w kuchni było zapewne ostatnim, o czym myślała. Dziewczynka zbliżyła się do okna, by popatrzeć na biegnącą siostrę. Obie robiły więcej, niż ktokolwiek będący w ich wieku, jednak one nigdy nie narzekały. Wciąż miały siebie i stale żywiły nadzieję, że będzie lepiej. To pozwalało im przeć do przodu z ogromną siłą i zapałem, którego nikt by nie potrafił zgasić. Gdy w jednej z nich odzywało się zwątpienie, niemal natychmiast zjawiała się druga, by rozwiać wszelkie wątpliwości i na nowo rozpalić płomień nadziei.
***
Do siedzącej nad golemem Any zbliżył się wysoki, siwiejący mężczyzna. Całe jego ubranie było poznaczone smugami smaru, jednak on zdawał się tym nie przejmować. Każdy, kto z nim pracował, mógł nieraz usłyszeć, jak mawia, że dobremu mechanikowi nie wypada chodzić w zupełnie czystym ubraniu. Stał koło niej przez chwilę, zastanawiając się, dlaczego przerwała pracę. Dziewczyna bez przekonania grzebała coś w maszynerii, natomiast jej spojrzenie świadczyło o tym, że myślami była w zupełnie innym miejscu.
- Co cię gryzie, Ana? - zapytał, siadając naprzeciwko dziewczyny, która dopiero teraz go dostrzegła.
- Przepraszam, panie Sanders – odparła, otrząsając się z zamyślenia. Przez chwilę zastanawiała się, czy powinna wyjawić mu powód swojego zamyślenia, jednak w końcu doszła do wniosku, że i tak kiedyś będzie musiała zacząć. Odkąd zaczęła u niego pracować, właściciel zakładu był dla niej niemal jak ojciec, więc idealnie nadawał się na pierwszą osobę do rozmowy o jej wizjach. - Od pewnego czasu mam niepokojące sny... Cały czas chodzi w nich o to samo, jednak dopiero ostatnio zaczęłam pamiętać je po przebudzeniu. - Mówiąc, cały czas obserwowała starszego mężczyznę, szukając jakichkolwiek przesłanek ku temu, że powinna przestać, jednak on najwyraźniej był zainteresowany tym, co chciała mu powiedzieć. - Słyszę w nich głos, który mną kieruje, pokazuje mi, co się dzieje ponad nami... Wiem, jak głupio to musi brzmieć.
- Nie myśl sobie, że będąc zwykłym mechanikiem, interesuję się tylko tym, jak przykręcić kolejną śrubę. - Mówiąc to, poklepał pancerz golema, na którym siedział i uśmiechnął się, przez co jego wąsy uniosły się w sposób, który Ana polubiła, odkąd tylko zobaczyła go po raz pierwszy. - Gdzieś tam... Kto wie, jakie przygody mogłyby na nas czekać, gdybyśmy tylko mogli się stąd ruszyć.
- Możemy, panie Sanders. I chyba nawet musimy – dodała, patrząc na niego tak poważnie, jak tylko dała radę. Jakkolwiek zabawnie to mogło wyglądać, rozmówca nie dał po sobie poznać rozbawienia. - Tenva wkrótce nie będzie się nadawać do zamieszkania, zostanie zepchnięta bliżej Torill.
- Taaak... - Mężczyzna w zamyśleniu pokiwał głową. - Już od dawna jest wiadome, że nasza planeta umiera. Astronomowie odkryli nową planetę, która zgodnie z ich wyliczeniami, zderzy się z Tenvą. Nie jesteśmy w stanie tego uniknąć.
- Skąd pan wie o Aldar? - zapytała, wyraźnie zdziwiona. Nie wiedziała, że ktoś poza nią również posiada takie informacje. A skoro wiedzieli, dlaczego nikt z tym nic nie robił?
- Aldar? Ładna nazwa, poznałaś ją w tych... wizjach? - Ana tylko skinęła głową, więc kontynuował. - Interesuję się tym trochę. Widzisz, są ludzie, których pasją jest obserwacja nieba, poznawanie tego, co się tam kryje. Już dawno zaobserwowaliśmy zbliżanie się... Aldar. Zgłosiliśmy to, oczywiście, jednak zabroniono nam o tym mówić. Nie jesteśmy w stanie opuścić Tenvy, więc urzędnicy nie chcieli wzbudzać paniki.
- Dlaczego mi pan to teraz mówi, skoro tego zabronili?
- Sam nie wiem. Może wyda się to śmieszne, ale czuję, że mogę ci to powiedzieć. - Ana w milczeniu czekała, z nadzieją, że jej rozmówca powie coś jeszcze. Po dłuższej chwili zamyślonego milczenia, odezwał się ponownie. - Co takiego jest w tych twoich wizjach, co tak bardzo nie daje ci spokoju?
- Nasz pobyt tutaj, życie na Tenvie jest tylko jednym z etapów wędrówki naszej rasy. Ktokolwiek do mnie wtedy przemawiał, pokazał mi, jak zaczęło się nasze życie tutaj i jak się ono skończy. Musimy ruszyć dalej, inaczej wszyscy zginiemy... - Dziewczyna zaczęła się niepewnie rozglądać na boki. Wiedziała, jak niedorzecznie musiało brzmieć to, o czym mówiła. Przez krótką chwilę pojawiło się u niej zwątpienie, czy podoła przydzielonej jej misji.
- Wierzę ci – powiedział pan Sanders kiwając głową. - To, co mówisz, o zbliżającej się planecie i naszej nieuchronnej zagładzie, znane było do tej pory nielicznym osobom. Gdy ludzie się dowiedzą o wszystkim, zaczną szukać jakiejkolwiek nadziei na to, że ktoś ich ocali. Być może faktycznie powinniśmy polecieć do Aldar, jednak nie posiadamy takich możliwości. Nasze statki powietrzne nie zdołają przebyć takiej odległości.
- I wcale nie muszą. - Ana podniosła się na równe nogi i spojrzała hardo na właściciela zakładu. - Widziałam wszystko. Gdy Aldar zbliży się do Tenvy, wcale się z nią nie zderzy. Znajdą się tak blisko, że wchłonie on całą naszą atmosferę, i właśnie to będzie szansą dla nas. W tunelu powietrza, który powstanie, nawet nasze statki będą mogły podróżować.
- Tunel powietrzny? - zapytał z niedowierzaniem mechanik, patrząc na stojącą przed nim dziewczynę, w której postawie zaszła jakaś nagła zmiana. To, co mówiła brzmiało intrygująco, i jak by na to nie patrzył, nie mógł uwierzyć, że sama coś takiego wymyśliła. Odkąd jej ojciec zapadł w śpiączkę, nie oddawała się żadnym marzeniom, żyła tym, co było tu i teraz". - Dlaczego... No tak, ta wizja. Tak bardzo wierzysz w to, co tam widziałaś? Co było w niej takiego, że nie uznałaś tego za zwykły sen?
- Gdy tam byłam, po prostu to wiedziałam. Czułam, że to jest prawdziwe, i że muszę zrobić to, do czego zostałam wybrana... - dziewczyna zawahała się. - I sam pan widzi, że to się sprawdza. Nie mogłam wiedzieć o nadchodzącej katastrofie, a jednak wiem.
- Możliwe, że masz rację – powiedział mężczyzna wstając i kładąc rękę na ramieniu Any. - Niedługo ludzie będą potrzebowali nadziei, którą im niesiesz. Wyjdź do nich i jeśli naprawdę w to wierzysz, być może nastanie dzień, w którym nas ocalisz. - Uśmiechając się lekko, z cieniem smutku w oczach, powoli oddalił się w kierunku drugiej hali, pozostawiając dziewczynę sam na sam z jej rozmyślaniami.
Nastolatka powróciła do przerwanej wcześniej pracy nad golemem, cały czas rozmyślając o tym, czego właśnie się dowiedziała. Usiłowała jednocześnie poukładać sobie wszystko to, co już wiedziała, oraz reperować uszkodzoną maszynę. Szczęśliwie dla niej, zniszczenia nie były poważne, więc mogła spokojnie pracować, poświęcając temu zajęciu zaledwie część swojej uwagi. Gdzieś tam byli ludzie, którzy wiedzieli o zbliżającej się katastrofie, jednak nie zamierzali nic z tym zrobić. Czekali z przekazaniem tej wiadomości aż będzie za późno, zapewne udostępnią ją wtedy, gdy każdy na własne oczy będzie mógł zaobserwować zbliżającą się Aldar. Wtedy wybuchnie panika, jednak być może pośród chaosu jej słowa zdołają się przebić, zbudować nadzieję i ocalić ludzi. To było ryzykowne – jeśli obierze taką drogę, wszystko będzie musiała postawić na jedną kartę. Los całej cywilizacji zależał od tej jednej decyzji. Jeśli nie będzie czekać i wyjdzie do ludzi teraz - zacznie mówić o tym, co widziała - zapewne większość jej nie uwierzy, a niektórzy mogą próbować ją uciszyć. Nie mogła liczyć na nikogo poza sobą samą oraz małą Tar. Co by zrobiła, gdyby zagrozili bezpieczeństwu jej siostry? Nie mogła do tego dopuścić, musiała czekać. Jeszcze niedawno była gotowa wyjść na ulice i zacząć mówić o swoich wizjach, jednak ta krótka rozmowa z panem Sandersem uświadomiła jej, że powinna się najpierw do tego przygotować. Czasu było coraz mniej, jednak aby wszystko poszło dobrze, ona musiała zwlekać. Miała nadzieję, że zdąży się przygotować, dzięki czemu to wszystko nie pójdzie na marne.








